P O L O N I A    K A N A D Y J S K A



Święta moje różne
[ Eva Gudrymowicz Schiller ]

Święta Bożego Narodzenia. Zapach igliwia i drożdżowego ciasta, blask świecidełek na choince. Chociaż właściwie od najdawniejszych czasów dla mnie święta rozpoczynały się zapachem pasty do podłogi. Pamiętam potem froterowanie tych podłóg na suknach, aż lśniły jak lustro. Dla mnie to froterowanie, było niezłą zabawą, byłam najmłodsza z rodzeństwa, a brat i siostra już wtedy byli dorastającą młodzieżą, kiedy ja cały czas jeszcze byłam 3-4 letnim szkrabem. Kiedy sięgnę najdalej pamięcią, widzę ich jak siedzą w dużym pokoju przy stole, z gromadą kolegów i koleżanek i wyczarowują z różnokolorowych bibułek i słomki cudeńka na choinkę, gwiazdy, kule, kilometrowe łańcuchy. Uwielbiałam ten nastrój przedświąteczny, wesoły rozgardiasz, śmiechy i żarty starszych, poczucie jakiegoś przeogromnego razem. Oczywiście, że zarówno moje rodzeństwo jak i ich koledzy, odganiali się ode mnie jak od natrętnej pszczoły, kiedy starałam się brać nader aktywny i raczej odwrotny od zamierzonego udział, w tej zachwycającej zabawie. Ubieranie choinki to był osobny rozdział. Z zapałem polerowałam, aż do zwierciadlanego blasku małe jabłuszka, do których siostra przyczepiała niteczki, brat wieszał na drzewku. Były lata późne pięćdziesiąte, i choć pewnie bombek na choinkę w sklepie było dosyć, cały czas w domu moich rodziców trwała tradycja wspólnego robienia zabawek, wieszania oprócz świecidełek, kolorowych długich cukierków, małych czerwonych jabłuszek. Kiedy drzewko już było ustrojone, budziłam się czasami w nocy i biegłam sprawdzić, czy naprawdę jeszcze stoi, czy te bajkowe cacuszka i gwiazdki, to nie tylko mój sen, ale najprawdziwsza prawda. Przy okazji ściągałam z choinki, co lepsze cukierki.

Najpierwszy zapamiętany prezent to była szmaciana, wypchana trocinami lalka Balbina z pucołowatą buzia. Miałam szalone marzenia związane z Balbiną. Jako najmłodsza w rodzinie, czyli prawie jedynaczka, bo różnica między mną a rodzeństwem była zbyt znaczna, żeby chcieli bawić się ze mną w dom, czułam się nieco samotna. Marzyłam, więc, że któregoś dnia Balbina ożyje i będę mogła bawić się z nią, prowadzić niekończące się rozmowy i oczywiście przewodzić w tym duecie. Dziecięce marzenia bajką podszyte. Balbiny smutny koniec nastąpił po roku czy dwóch, kiedy zaczęły się sypać z niej trociny i musiałam się z moją szmacianą przyjaciółką pożegnać.

Kiedy troszkę podrosłam, moja pomoc w przygotowaniu do świąt stała bardziej aktywna. Wracałam ze ślizgawki, lub z pobliskiej górki przy aptece, gdzie gromadnie zjeżdżaliśmy na sankach, z zaczerwienionymi od mrozu policzkami, zziębniętymi nogami, ale szczęśliwa i wybawiona, a mama od progu wołała;- córcia, zamykaj szybko drzwi, bo mi ciasto przeziębisz. Nigdy nie mogłam tego zrozumieć- jak można ciasto przeziębić. Nie rozumiem i teraz, bo moje ciasto drożdżowe nigdy nie chciało być takie jak mamy, więc po kilku próbach dałam sobie spokój i piekę inne ciasta, a drożdżowe kupuję. Dom był nasiąknięty przeróżnymi aromatami, wanilia mieszała się z cebulką do śledzi, zapach gotującego się kompotu z suszu, cudownie komponował się z ostrą wonią bigosu. I oczywiście pasta do podłóg. Ten opar terpentyny przebijał ponad wszystko i był dla mnie symbolem czystości i jakieś niesłychanej ważnej odświętności. Pojawiał się ten zapach i w innych porach roku, ale robił na mnie wrażenie tylko w święta. Kto wie, czy nie jest mi go brak najbardziej? W wannie zażywał kąpieli karp i chodziłam tam do niego, bo byłam przekonana, że jest mu strasznie smutno samemu, zwłaszcza, że znałam jego przeznaczenie. A czasami mama wołała z kuchni- Ewa, skocz na dół do sklepu, zabrakło mi rodzynek, ( wtedy jeszcze można było to kupić bez żadnego problemu) albo, wołała, - chcesz wylizać miskę po maku, albo po koglu-moglu. Ale były też momenty, kiedy opędzała się od nas to znaczy ode mnie i od ojca, bo usiłowaliśmy skubnąć jakiś smakołyk, ułamać kawałek, dopiero, co wyciągniętego z pieca ciasta.

Z biegiem lat święta nabierały innego głębszego dla mnie znaczenia. Już nie tylko było ubieranie choinki i podwójne prezenty na gwiazdkę i imieniny, ale przede wszystkim spoistość familijna, tradycja powtarzana od wieków. Był dla mnie w tym, co rocznym obrzędzie jakiś ład, spokój i pewność, że nic złego nie może się stać, dopóki tworzymy taki monolit. Przy stole gromadziła się cała rodzina, rodzeństwo ze swoimi połówkami coraz więcej krzeseł trzeba było dostawiać. To jedno dla wędrowca niezmiennie stało puste. Były i takie święta, które spędziliśmy bez ojca, bo był wtedy w szpitalu. Aż przyszły pierwsze święta bez mamy. I nowa tradycja świąteczna. W wigilię rano jechaliśmy całą rodziną na cmentarz, podzielić się z mama opłatkiem, opowiedzieć jej o wszystkim, uronić łzę. Tylko w jedną wigilię tata pojechał z nami, w następną był już przy żonie. My jeździliśmy dalej. Przybyli nowi członkowie rodziny i teraz ja odpędzałam dzieci od bakalii i dawałam wylizywać miskę po koglu-moglu. Ale też doszło do moich zajęć coś, czego nie przewidziałam jako dziecko. Stanie w kolejce od 2 w nocy, po kawałek schabu czy szynki. Nie zawsze z pozytywny skutkiem. Czasem takich nocy było kilka.

Stan wojenny nadał Świętom Bożego Narodzenia inny wymiar. Już nie były tak radosne, bo choć Bóg się znów rodził, my nie wiedzieliśmy, co nas czeka dalej, co będzie z naszą biedną Polską. Czołgi na ulicach Warszawy, patrole wojskowe i nie było wiadomo, co się będzie działo. Czy będą może strzelać? Godzina policyjna! Jak tu pójść na Pasterkę? My, pokolenie, które nie przeżyło wojny, nie miało takich doświadczeń za to nabierało doświadczenia innego rodzaju, -wiecznej niepewności. Stan wojenny zmienił też sens naszych życzeń. Już nie tylko życzyliśmy sobie zdrowia i pomyślności życzyliśmy również Polsce wolności, ale nikt nie wierzył, że to kiedyś nastąpi. W te święta, wigilijna gwiazdka nieco przybladła, w sercach ludzi był niepokój, niepewność jutra, beznadzieja.

Pierwsze święta na poza Polską. Trochę nietypowe, bez śniegu i mrozu. Temperatura jak przystało na słoneczną Italię plusowa. Spokojnie można wyjść w sweterku na ulicę Nie ma choinki w pokoju hotelowym, no cóż musi wystarczyć jakąś gałązka igliwia. Opłatek jest, przesłany w listach z Polski. Wspólna wieczerza wigilijna Polaków. Panuje też uroczysty, trochę nostalgiczny nastrój. Wszyscy wspominamy swoich bliskich, zostawionych w Polsce, inne wigilie spędzone w domu. Ci ludzie znani od niedawna, zastępują rodziny i my też jesteśmy dla nich rodziną. Dla dzieci trzymam przylepiony na twarzy uśmiech kiedy rozpakowują prezenty i choć w gardle rośnie wielki kłąb, mówię głosem ożywionym i śpiewam radosne kolędy. Dopiero, kiedy dziećmi zmęczone wrażeniami zasypiają, pozwalam sobie na przywołanie wizji innych świąt. I sama nie wiem, kiedy jedna za drugą, toczy się łza po policzkach.

Następne święta Bożego Narodzenia to święta, spędzone w nowej ojczyźnie Kanadzie. I w nowym domu, tworzonym od łyżeczki. Jeszcze wiele w tym domu brakuje, ale nie ma już nastroju tymczasowości. Święta radosne, rodzinne. To jest już nasz dom, nasze miejsce na ziemi. Święta spędzone z przyjaciółmi od wieków, od piaskownicy.

To Boże Narodzenie tchnie nadzieją i wiarą na lepsze, na lepsze wszystko, na szansę od losu, na kawałek szczęścia, na otwartą przyszłość dzieci. I tego sobie życzymy.

Z biegiem lat zmienia się system przygotowania świąt. Już nie przygotowuję wszystkiego sama, córka u siebie lepi pierogi i przywozi gotowe, mąż kroi cebulkę do śledzi. Liczba osób przy stole też uległa zmianie, dzieci przyprowadzają swoje połówki, czasami dołączą przyjaciele. Niezmienne jest jedno. Tradycja. Sianko pod obrusem, choinka pachnąca lasem, wspólne kolędy, Pasterka. Tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie, silnie zakorzeniona i w nas i dzieciach. I wiem, że kiedyś, kiedyś,...kiedy mnie już nie będzie, moja córka nadal będzie dbała, aby na stole pojawiła się nieparzysta ilość potraw, mój syn z pewnością nie zapomni o krześle dla strudzonego wędrowca. Tradycja. Wyssana z mlekiem matki, wyniesiona z domu rodzinnego, przewieziona przez ocean. I tylko zapachu pasty do podłogi mi brak.

Życzę Wam, Kochani Rodacy w Polsce i rozrzuceni po całym świecie
Wesołych, Zdrowych i Najszczęśliwszych Świąt Bożego Narodzenia


Eva Gudrymowicz - Schiller

top