C O    M I    W    S E R C U    G R A . . . ?




Rocznica naszego przyjazdu do Kanady
[ Bożena Lech ]

Kochana Anusiu,
Minęło sporo czasu od mojego pierwszego, długiego listu, jaki do Ciebie napisałam. Właśnie w tym miesiącu przypada ciekawa rocznica, więc pomyślałam, że muszę Ci trochę na ten temat napisać.

Tak się akurat złożyło, że w tym roku zakwalifikowałaś się na Uniwersyteckie Mistrzostwa Kanady w pływaniu. W latach poprzednich były one w Vancouver i w Victorii, a w tym roku wypadło na Toronto. To może nawet dobrze, bo są one w marcu, kiedy na studiach jest czas testów, więc wycieczka dalej zabrałaby tylko dużo czasu nie wnosząc nic nowego. Na ogól zawody takie to hotel, basen i jedzenie, więc miasta się nie poznaje. Jako, że jechałaś ze swoją drużyną do Toronto, to oczywiście musiałam się tam wybrać, bo jak tylko mogę, to towarzyszę Ci w zawodach jako Twój wierny kibic i "restauracja na kolkach". Spotykałam się z Tobą przed hotelem Town Inn mieszczącym się pod adresem 620 Church Street. Przez wszystkie dni nie zdawałam sobie sprawy z tego, że hotel ten może być mi znany. Dopiero w ostatni dzień, kiedy weszłam do środka, żeby spytać o Twój pokój i zanieść tam Twoje rzeczy zawładnęło mną przedziwne uczucie. Na chwilę wróciła pamięć sprzed 22 lat. Nie wierzyłam sobie, więc zapytałam portiera czy ten hotel przyjmował kiedyś emigrantów i czy może w dalszym ciągu to robi. Odpowiedź była pozytywna, a ja nie mogłam uwierzyć, że jestem w hotelu, w którym 22 lata temu stawialiśmy razem z Tatą pierwsze kroki w Kanadzie.

Zawsze będę pamiętać dzień 22-go kwietnia 1982-go roku, kiedy to taksówka wiozła nas z lotniska w Toronto do hotelu, który wydawał się być na końcu świata. Jak się okazało był to ten sam hotel, w którym Twoja drużyna Uniwersytetu Laurentian zatrzymała się na czas zawodów.
To chyba znak, że pora napisać Ci o tym jak do tego doszło, że się tam znaleźliśmy. Do tego jeszcze, właśnie 22-go kwietnia Ty również miałaś ostatni egzamin na koniec pierwszego roku studiów, które zaniosły Cię również daleko od domu.

Nie będę Ci pisać naszej historii jak się z Tatą poznaliśmy, bo to już chyba pamiętasz? Wiesz też, że kraj, z którego przyjechaliśmy do Kanady to Polska. Uczyłaś się sporo o nim przez lata uczęszczania do Polskiej Szkoły w Ottawie. Wiesz zapewne, że kraj, w którym się człowiek urodził nazywa się po polsku "Ojczyzna". Jest to nazwa, która łapie za serce jak się ją wypowiada. Nie wiesz jednak, co może powodować, że człowiek chce lub musi opuścić swoją Ojczyznę.

Aniu, nasza Ojczyzna w czasach mojej młodości była krajem, który nazywało się "komunistycznym". My, mieszkający tam wiedzieliśmy, że to kraj "socjalistyczny"... Podobnie jak "kapitalizm", są to nazwy systemów politycznych. Wiesz, że ja nie lubię polityki, więc nie będę się zagłębiać w różnice. Wiem tylko, że nauka w Polsce była za darmo - najcenniejsze, co każdy mógł ze sobą zabrać, to było wykształcenie. W czasach naszej młodości posiadanie paszportu to nie było prawo, to był przywilej, który mieli tylko nieliczni. Może, dlatego marzeniem każdego młodego Polaka był wyjazd za granicę, a bez paszportu nie było to możliwe. Może, dlatego ja idąc na studia założyłam sobie, że, co roku będę wyjeżdżać za granicę na wycieczki, bo wiedziałam, że w czasie studiów łatwiej było otrzymać paszport. Tak ja, jak i Tata sporo podróżowaliśmy po świecie z racji naszych żeglarskich i sportowych zainteresowań. Podróżując, nigdy nie myśleliśmy o tym, że chcielibyśmy mieszkać gdziekolwiek indziej niż w Polsce. Tak się jednak złożyło, że kiedy po ukończeniu studiów chcieliśmy dostać paszporty na kolejną wyprawę żeglarską, ja tego paszportu nie dostałam na czas. Tata popłynął w rejs sam, a ja zostałam smutna, upokorzona i rozczarowana. Nieraz Ci powtarzam, że "w życiu nie ma tego złego...".

Paszport dostałam już po wakacjach i nie można było dopuścić, żeby się zmarnował... wymyśliłam wyjazd do Anglii. Jako młoda para nie mięliśmy w Polsce gdzie mieszkać, a w pracy mojej niewiele się działo to poprosiłam szefową o urlop bezpłatny na pól roku. Dlaczego? Chcielibyśmy pojechać do Anglii by nauczyć się języka angielskiego. Ona na to, że, czemu tylko pół roku, może chcę rok? Nie musiała dwa razy pytać. Oczywiście, że się zgodziłam i zaraz zadzwoniłam do Taty, żeby się spytał, czy może dostać urlop na rok. Okazało się, że Jego szef też był "równy" facet i się zgodził. Mając urlopy i paszporty w ręku ruszyliśmy do załatwiania wiz do Anglii. To była kolejna, niełatwa do pokonania, przeszkoda! Trzeba było użyć nie lada argumentów, żeby Anglicy zgodzili się przyjąć nas na kilka miesięcy. W końcu wszystko się udało i dnia 13-go listopada 1981 roku wsiadłam razem z plecakiem i rowerem na statek płynący do Londynu. Pieniędzy miałam mniej niż $1,000.00 US. Tata nie mógł ze mną jechać, bo miejsce było tylko dla jednej osoby płci żeńskiej. Żegnałam się ze wszystkimi radośnie, bo mięliśmy się zobaczyć dopiero za 12-cie miesięcy. W momencie jednak jak statek odbijał od brzegu pomyślałam o tym, że jest to nie tylko 13-ty, ale i piątek. Nie jestem przesądna, ale czasami... Myślałam, co się może przydarzyć, co ten dzień ze sobą niesie?

Marynarze na statku straszyli mnie sztormami na Morzu Północnym, ale jakoś tutaj miałam szczęście, bo była tylko flauta (morze bez fal, bez wiatru), i obyło się bez "karmienia rybek". Jako, że w Polsce przed moim wyjazdem żywność była na kartki (kiedyś Ci to córeczko wyjaśnię), więc ze statku najbardziej pamiętam przepyszne jedzenie bez ograniczeń. Podróż minęła wspaniale, a w Londynie wyjechała po mnie koleżanka Ela, którą wcześniej już namówiłam na wyjazd. Zamieszkałam u Eli i czekałam na przyjazd Taty. Udało Mu się dostać miejsce na tym samy statku tydzień później. Przyjechał z plecakiem i rowerem oraz radiomagnetofonem, do którego przywiózł taśmy do nauki języka angielskiego. Jak się okazało było to najcenniejsze, co mógł ze sobą zabrać.

Nasze plany w czasie tego wyjazdu to - rejs dookoła świata, a Anglia miała być tylko początkiem. Tata zabrał ze sobą garnitur, żeby mógł robić za kapitana jachtu, na jaki mięliśmy się zabrać. Wkrótce się jednak okazało, że plany są za nas tworzone i nie zawsze jest tak jak sobie je wymyślimy.

Dnia 13-go grudnia 1981 roku dotarła do nas wiadomość o wprowadzeniu Stanu Wojennego w Polsce. Nie wiedzieliśmy wtedy, podobnie jak i Ty teraz, co to znaczy. W telewizji i środkach masowego przekazu na pierwszym miejscu były wydarzenia z Polski. Czołgi na ulicach, ranni i zabici, aresztowania, godzina policyjna! Wydawało się nam, że to już koniec naszej Ojczyzny. Wszyscy Polacy, jacy byli wtedy w Londynie ruszyli pod Ambasadę Polską z flagami, kwiatami, plakatami protestu. Nie wiedzieliśmy, co możemy zrobić. Jedno wiedzieliśmy, że nie możemy wrócić do kraju, w którym strzelają do ludzi na ulicach.

Powoli wydarzenia w Polsce stały się dniem codziennym, a my musieliśmy pomyśleć o sobie. Mieszkaliśmy i pracowaliśmy w hotelu, który był zarządzany przez wiecznych emigrantów, ludzi bez kraju, Ormian. Było nam z nimi wspaniale. Spędziliśmy pierwsze nasze Święta Bożego Narodzenia za granicą w towarzystwie ludzi, którzy nie mogli być w swoich krajach. Wiele się dowiedzieliśmy o Ormianach i Armenii, która została, podobnie jak Polska w przeszłości, podzielona między trzy kraje. Któregoś dnia, jeden z Armeńczyków wybierał się do Ambasady Kanadyjskiej po papiery emigracyjne i zaproponował, że może też przynieść je i dla nas. Wtedy nie wiedzieliśmy dokładnie, co to jest ta emigracja, ale zgodziliśmy się. Mówił, że Kanada daje wizy z pozwoleniem na pracę na czas ważności paszportów. To było dla nas najważniejsze, bo wiza angielska nie pozwalała nam na pracę. W Londynie przez cały czas .. robiliśmy to nielegalnie. Ważne jednak, że mieliśmy gdzie mieszkać i co jeść. Codziennie uczyliśmy się angielskiego słuchając taśm przywiezionych przez Tatę, a nauka polegała na uczeniu się całych lekcji na pamięć. Po złożeniu papierów w Ambasadzie Kanadyjskiej okazało się, że szybko mięliśmy tzw. interview jedno i zaraz drugie, i już w marcu 1982-go roku wiedzieliśmy, że możemy lecieć do Kanady. Niestety nasz przyjaciel z Armenii nie dostał zaproszenia na rozmowę i do Kanady nie wyjechał. Nie wiemy, jakie były jego dalsze losy, bo dla nas wszystko toczyło się zbyt szybko, żeby wiedzieć o czymkolwiek dookoła.

Jako, że wyjazd do Kanady był finansowany w całości przez nas samych, a pieniędzy mięliśmy niewiele, to musieliśmy poszukać najtańszego środka transportu na ten odległy kontynent. Od lat marzyła mi się podroż "Batorym" (duży statek, podobny do obecnych "cruise ships") przez Atlantyk, ale był za drogi, więc wybraliśmy lot do Nowego Jorku, a stamtąd do Toronto. O dziwo pani w ambasadzie kanadyjskiej pytała nas się, gdzie chcemy jechać i my wybraliśmy Ottawę, ale Ona powiedziała, że Toronto będzie lepsze, bo większa Polonia.

W Nowym Jorku na lotnisko wyszli po nas nasi koledzy, Paweł i Adam. Już po wylądowaniu okazało się, że jeden z naszych plecaków nie przyleciał z nami, a była to połowa naszego majątku. Po pięciu godzinach czekania wreszcie go odzyskaliśmy. Na drugi dzień po obudzeniu się u Pawła, okazało się, że sprzed domu zginął jego samochód, w którym były dwa nasze plecaki! Strach, że cały nasz dobytek przepadł! Paweł zapomniał, że czyścili ulice i powinien był odstawić samochód w inne miejsce. Służby miejskie zrobiły to za niego.

Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Ruszyliśmy w stronę Kanady, po paru dniach podroży wylądowaliśmy wreszcie w Toronto. Byliśmy trochę przerażeni - jak finansowo damy radę - mięliśmy ze sobą tylko $2,000 i żadnych przyjaciół. Z plecaków wystawały dwie rakiety, a w ręku jeden kontakt do znajomych Pawła. Pan z Urzędu Imigracyjnego, który nas przywitał podął nam adres hotelu, do którego musieliśmy się udać. Taksówka, która nas tam zawiozła kosztowała $25. Myśleliśmy wtedy, że, jeśli nasze pieniądze będą znikać w takim tempie, to dosyć szybko znajdziemy się na ulicy. Hotel był piękny... Sypialnia, kuchnia, łazienka i pokój z telewizorem, ale my tyle nie potrzebowaliśmy, więc znowu obawa o pieniądze, które ten luksus będzie kosztował. Ciężko nam było spać spokojnie. Na drugi dzień przyszedł znowu nasz urzędnik z Imigracji i powiedział nam wspaniałą wiadomość, że Urząd nam za hotel zapłaci, ale warunek - musimy sobie znaleźć mieszkanie w ciągu tygodnia. Tutaj okazało się, że bardzo przydał się telefon do znajomych Pawła. To Oni spędzili z nami następnych kilka dni, żeby znaleźć mieszkanie i nas pocieszyć, że wszystko będzie dobrze. Po paru dniach znaleźliśmy mieszkanie w bloku, w którym superintendentem był Polak i większość mieszkań okupowali Polacy. Poczuliśmy się jak w Rodzinie. Przyjechaliśmy do naszego nowego mieszkania w piwnicy (basement), ze swoimi dwoma plecakami. Byliśmy szczęśliwi, bo takich przestrzeni życiowych jeszcze nie mieliśmy. Nie ważne, że nie mieliśmy, na czym spać, czy nawet siedzieć. Ważne, że już na drugi dzień otrzymaliśmy swój telefon. Wkrótce nowi znajomi pomogli nam zorganizować stół, krzesła i łóżko. Po łóżko pojechaliśmy pod Town Inn Hotel, bo zapamiętałam, że tam były wyrzucone na śmieci stare łóżka hotelowe. Mając wszystkie podstawowe przedmioty mogliśmy się zabrać za szukanie pracy i cieszyć się życiem w wolnym kraju. Trzy miesiące później Tata znalazł posadę w Waterloo i na tyle akurat starczyło nam przywiezionych ze sobą pieniędzy. Wyjechaliśmy z Toronto.

Za pierwsze zarobione pieniądze kupiliśmy telewizor, żeby uczyć się angielskiego, za następne rowery, żeby móc się poruszać po mieście, a za następne narty. Reszta to już historia całego naszego tutaj pobytu, o której opowiem Ci przy okazji.

Pisząc o naszej przygodzie z Kanada chciałam Ci uświadomić, że, jeśli masz zdrowie, wykształcenie i miłość Rodziny, to reszta się ułoży. Zakończę przysłowiem, że "do odważnych świat należy", więc bądź odważna, chociaż zawsze ostrożna.

Kochająca Cię bardzo mocno - Twoja Mamuś.

Bożena Lech
[ Ottawa, kwiecień 2004 ]

top